W prawej szpalcie niniejszego bloga znajdziecie fejsbukowy box. Pod wpisem znajduje się ikonka służąca ekspresowemu lubieniu/udostępnianiu linka do mojej notki na Waszych Tablicach. Kiedy zajrzę w statystyki odwiedzin, na pierwszym miejscu w zakładce „źródła odwiedzin” zobaczę Facebooka (i chyba nie ja jeden). Kiedy z kolei wejdziecie na innego bloga, jak ten, na którym Janek pisze o tym samym zjawisku co ja, tyle że pod innym kątem, znajdziecie zintegrowany z Facebookiem system komentarzy.
Wiele powstających po nastaniu ery Facebooka blogów czy serwisów jest tworzonych z myślą o przyciąganiu czytelników za pośrednictwem tego serwisu. Ma to niewątpliwe zalety – przeciętnie moi znajomi mają po co najmniej dwustu friendsów*. Kiedy puszczę linka do notki u siebie, a ktoś znajomy przeczyta i polubi, od razu mam kilkadziesiąt wejść moich i jego znajomych. Ale ma też wady – komentowanie na Facebooku jest wygodniejsze i gwarantuje, że więcej osób przeczyta ten komentarz. Dlatego czytelnicy rzadziej komentują na samym blogu, przez co trudniej tworzy się społeczność czytelników i osłabiona zostaje wymiana linków pomiędzy blogami. Trudniej też pozyskuje się stałych czytelników, śledzących blogi przez RSS-y, subskrypcje mailowe albo wchodzących regularnie, żeby sprawdzić, co nowego. W końcu jak będę chciał im coś zareklamować, to i tak znajdą to na Tablicy.
W szerszej perspektywie skutkiem „efektu Facebooka” jest dobrowolne przechodzenie blogów i innych stron do roli dobudówki do wielkiego serwisu. Kwejk.pl jest na dobrą sprawę dostarczycielem kontentu do like’owania. Jego twórcy dali sobie zupełnie spokój z komentarzami, postawili na proste i wymowne „Share”.
To, o czym pisze Janek, że to pozytywnie wpływa na budowanie szerszych społeczności, to prawda. Tyle że są to społeczności budowane pod egidą i dla zasilania kont korporacji.
Facebook i Google sprzedają promocję, wygodę i model wesołego życia w internetowej społeczności niby za darmo, ale odbierają swoje w postaci zysków z pracy internetowych działkowców, uprawiających swoje małe poletka. Dla firm to żaden problem – na ich promowaniu się na Facebooku zarabiają i oni, pozyskując nowych klientów. A non-profitowy blog, taki jak ten? Zależy mi na czytelnikach, bo gdyby mi nie zależało, zapisywałbym sobie notki na dysku i na tym proces by się kończył. Facebook dał mi możliwość bezpłatnej promocji, ale jednocześnie odzwyczaił moich potencjalnych czytelników od szukania ciekawych miejsc w sieci innymi kanałami.
Facebook zostawił startujących blogerów przed oczywistym wyborem – podepniesz naszą ikonkę, maksymalnie ułatwiając lajkowanie, albo nadawaj w pusty eter.
Piszę o Facebooku, a przecież podobnie jest z Google Analytics, którym jesteście śledzeni również kiedy wchodzicie na tego bloga.
* – friendsów, bo mocne polskie „przyjaciel” nijak ma się do błahego friendsa na FB.



Z brzucha ducha (rym)
Poznań to miasto, w którym wszędzie da się dojechać w kilkanaście minut, tramwaje jeżdżą cichutko, a ludzie popołudniem dnia powszedniego spacerują albo jeżdżą na rowerach wokół jeziora.
Nad tym jeziorem, zwanym Maltą, organizuje się festiwal. W tym roku wystąpili tam Fleet Foxes i Portishead. I ja tam byłem. Czytaj dalej »