Z brzucha ducha (rym)

Poznań to miasto, w którym wszędzie da się dojechać w kilkanaście minut, tramwaje jeżdżą cichutko, a ludzie popołudniem dnia powszedniego spacerują albo jeżdżą na rowerach wokół jeziora.

Nad tym jeziorem, zwanym Maltą, organizuje się festiwal. W tym roku wystąpili tam Fleet Foxes i Portishead. I ja tam byłem. Czytaj dalej »

Opublikowano w historie z tyłka, muzyka | Otagowano jako , , , , | 2 Komentarze

Bombki na choince

W prawej szpalcie niniejszego bloga znajdziecie fejsbukowy box. Pod wpisem znajduje się ikonka służąca ekspresowemu lubieniu/udostępnianiu linka do mojej notki na Waszych Tablicach. Kiedy zajrzę w statystyki odwiedzin, na pierwszym miejscu w zakładce „źródła odwiedzin” zobaczę Facebooka (i chyba nie ja jeden). Kiedy z kolei wejdziecie na innego bloga, jak ten, na którym Janek pisze o tym samym zjawisku co ja, tyle że pod innym kątem, znajdziecie zintegrowany z Facebookiem system komentarzy.

Wiele powstających po nastaniu ery Facebooka blogów czy serwisów jest tworzonych z myślą o przyciąganiu czytelników za pośrednictwem tego serwisu. Ma to niewątpliwe zalety – przeciętnie moi znajomi mają po co najmniej dwustu friendsów*. Kiedy puszczę linka do notki u siebie, a ktoś znajomy przeczyta i polubi, od razu mam kilkadziesiąt wejść moich i jego znajomych. Ale ma też wady – komentowanie na Facebooku jest wygodniejsze i gwarantuje, że więcej osób przeczyta ten komentarz. Dlatego czytelnicy rzadziej komentują na samym blogu, przez co trudniej tworzy się społeczność czytelników i osłabiona zostaje wymiana linków pomiędzy blogami. Trudniej też pozyskuje się stałych czytelników, śledzących blogi przez RSS-y, subskrypcje mailowe albo wchodzących regularnie, żeby sprawdzić, co nowego. W końcu jak będę chciał im coś zareklamować, to i tak znajdą to na Tablicy.

W szerszej perspektywie skutkiem „efektu Facebooka” jest dobrowolne przechodzenie blogów i innych stron do roli dobudówki do wielkiego serwisu. Kwejk.pl jest na dobrą sprawę dostarczycielem kontentu do like’owania. Jego twórcy dali sobie zupełnie spokój z komentarzami, postawili na proste i wymowne „Share”.

To, o czym pisze Janek, że to pozytywnie wpływa na budowanie szerszych społeczności, to prawda. Tyle że są to społeczności budowane pod egidą i dla zasilania kont korporacji.

Facebook i Google sprzedają promocję, wygodę i model wesołego życia w internetowej społeczności niby za darmo, ale odbierają swoje w postaci zysków z pracy internetowych działkowców, uprawiających swoje małe poletka. Dla firm to żaden problem – na ich promowaniu się na Facebooku zarabiają i oni, pozyskując nowych klientów. A non-profitowy blog, taki jak ten? Zależy mi na czytelnikach, bo gdyby mi nie zależało, zapisywałbym sobie notki na dysku i na tym proces by się kończył. Facebook dał mi możliwość bezpłatnej promocji, ale jednocześnie odzwyczaił moich potencjalnych czytelników od szukania ciekawych miejsc w sieci innymi kanałami.

Facebook zostawił startujących blogerów przed oczywistym wyborem – podepniesz naszą ikonkę, maksymalnie ułatwiając lajkowanie, albo nadawaj w pusty eter.

Piszę o Facebooku, a przecież podobnie jest z Google Analytics, którym jesteście śledzeni również kiedy wchodzicie na tego bloga.

* – friendsów, bo mocne polskie „przyjaciel” nijak ma się do błahego friendsa na FB.

Opublikowano w do jakiej kategorii mam to dać?, riposty i forwardy | Otagowano jako , , , , | 5 Komentarze

Wypączkowani z atomu

X-men wzięli się z zimnowojennego lęku przed atomem. First Class przywraca im ten kontekst.

Kiedy ogląda się lateksowe kombinezony X-men we współczesnych realiach, trudno powstrzymać grymas ironii. Natomiast do lat sześćdziesiątych, w których osadzona jest akcja nowej ekranizacji komiksowego tasiemca, ten kicz pasuje idealnie.

Ale to nie jedyny skutek osadzenia akcji najnowszego filmu o X-men w momencie rozkwitu zimnej wojny.

Twórcy „First class” nakładają konflikt pomiędzy grupą Xaviera i Magneto (przez większą część filmu pracujących jeszcze razem) a Sebastiana Shawa na kryzys kubański. Tym samym zasygnalizowany zostaje zimnowojenny kontekst lęku przed atomem, z którego wypączkowały komiksy Marvela. Elementów wzmacniających poczucie osadzenia w historii jest więcej: czasami oglądamy fragmenty przemówień telewizyjnych Kennedy’ego, przywołana zostaje też analogia sytuacji mutantów i Żydów w czasie Drugiej Wojny. Na szczęście wątek Holocaustu wprowadzono ze smakiem, więc nie ma podczas seansu zgrzytania zębami, a jego wplecenie służy z jednej strony jeszcze mocniejszemu osadzeniu w historii, a z drugiej „usensownieniu” wesołej nawalanki.

Nawalanki, trzeba przyznać, którą ogląda się najlepiej ze wszystkich dotychczasowych filmów o X-men. Początek odrobinę się ślimaczy – na scenę wprowadzonych zostaje wielu bohaterów, każdy z nich ma jakiś swój (choćby ograniczony) wątek osobisty. Potem jednak zaczyna głośniej tykać zegar odmierzający czas do atomowej zagłady i robi się bardziej nerwowo. Finałowa walka, zrealizowana w scenerii tropikalnego wybrzeża, tocząca się w wodzie, w powietrzu i na lądzie, z bajeranckimi ewolucjami Blackbirda, Magneto wyciągającym z wody okręt atomowy i zabawnym, radzieckim kapitanem, jest jednym z lepszych blockbusterowych zapieraczy tchu, deklasującym zdecydowanie mniej stylowe „Transformers”.

Rozczarowuje aktorstwo (i chudy tyłek) January Jones, na której zawiedzie się chyba najliczniejsza rzesza X-menowych nerdów fetyszyzujących Emmę Frost. „WTF” każe na swój temat napisać również zwrot akcji z finału, który niby musiał nastąpić, ale twórcy zapomnieli go trochę mocniej umotywować.

Ale to, wciąż, bardzo fajny film.

Opublikowano w film, komiks, recki na lajcie | Otagowano jako , , , , | Skomentuj

Więcej Trzyyyyyyy-Deeeeeeeee!!!!1!1!!

O. wygrała w konkursie dwa bilety na przedpremierową „Kung-Fu”…, oj, przepraszam, 3D Kung-Fu Pandę 2 (wersję 3D, nie mylić z 2D), więc poszliśmy. Dzięki temu seansowi utwierdziłem się w przekonaniu, że:

a) multipleksy są do kitu

Multipleksowe sofy są równie przytulne jak hotelowe restauracje w środku nocy pozorujące przytulność i kameralny klimat.

W kinowym barze kupujesz kubek rozgazowanej Coli z koncentratu i płacisz zbliżeniowym PayPassem – możesz mieć portfel zawieszony na szyi jak krowa dzwonek. W wielkiej hali sadzają cię razem z setkami ludzi tak jak ty próbujących poczuć się tu jak w domu. Wszystko ma kolor fioletu rozjechanych jagód albo silącego się na przytulność pomarańczowego. Nad głową wisi nieprzyzwoitych rozmiarów żyrandol w stylu Swarovskiego, ale jak się przyjrzysz, z kryształów wystają kolorowe kabelki.

Potem zakładasz okulary 3D. Nawet jeśli przyszedłeś do kina z kimś, teraz jesteś co najwyżej z sąsiadem z fotela z przodu – okulary skutecznie ograniczą pole twojego widzenia do ekranu i czubka jego głowy.

Seans się kończy. Wstajesz. Przez porozwalane po fotelach i podłodze resztki paszy przebijasz się do wyjścia. Mijasz znudzonych sprzątaczy stojących przy koszach pełnych popcornu zamokniętego od Coca-coli.

b) 3D jest bez sensu

Film był naprawdę fajny. Dowcipy nieśmieszne, jak przystało na kategorię „dla dzieci i dorosłych”, ale dramatyzm i fabuła o ładnych kilka długości wyprzedzały jedynkę.

Ale po co, do cholery, to 3D?!

Wizualnie najlepiej wypadły sceny robione we wzbogaconym o bliższą i dalszą warstwę 2D w kreskówkowym stylu „Samuraia Jacka”. 3D miało sens w trzech czy czterech scenach pościgów/walk. Przez resztę filmu, kiedy działo się mniej, oczy męczyły się na darmo, oglądając 3D przypominające tazosy z czipsów.

Opublikowano w film, historie z tyłka | Otagowano jako , | 3 Komentarze

Hitler

W kontrowersyjnej wypowiedzi Larsa von Triera podczas festiwalu w Cannes Tomasz Piątek widzi świadome zagranie reżysera, który, posługując się słowem-kluczem „Hitler”, chciał skupić na sobie uwagę. Felietonista KP widzi w tym geście oznakę dewaluacji Festiwalu. I o ile nie zgadzam się z jego interpretacją (a moją polemikę na stronie KP w 3/4 zeżarł ich porąbany system komentarzy), to przyznaję Piątkowi, że wyszedł poza banalne i bezrefleksyjne krytykowanie von Triera za samo użycie słowa „Hitler” i chociaż spróbował zrozumieć.

Podczas felernej konferencji prasowej dziennikarz zapytał duńskiego reżysera o jego niemieckie korzenie.

Padła odpowiedź:

Chciałem być Żydem. Potem odkryłem, że tak naprawdę jestem nazistą, ponieważ, jak wiecie, członkowie mojej rodziny byli Niemcami. Co mogę powiedzieć? Rozumiem Hitlera, ale myślę, że robił złe rzeczy, tak, absolutnie. Mogę sobie wyobrazić, jak siedzi na końcu w swoim bunkrze. On nie jest tym, kogo można nazwać dobrym człowiekiem, ale trochę go rozumiem i troszkę mu współczuję. Ale przecież nie popieram II wojny światowej i nie jestem przeciw Żydom.
– tłumaczenie słów von Triera za tvn24.pl

W drugim zdaniu Trier utożsamia bycie Niemcem z byciem nazistą. Robi to albo ironicznie, nawiązując do stereotypu, albo gorzko, zauważając, że jednak to Niemcy dopuścili Hitlera i nazistów do władzy i pozwolili im zrobić to, co zrobili.

Potem pada „rozumiem Hitlera”. „Rozumiem” nie znaczy „zgadzam się z tym, co zrobił”. Co zresztą potwierdza dalsza część wypowiedzi. Zrozumieć Hitlera trzeba po to, żeby nie dopuścić do powtórzenia się jego historii. Tak samo jak trzeba zrozumieć Holocaust, Rwandę, ludobójstwo Ormian i zamachy terrorystyczne.

O empatyzowaniu, współczuciu Hitlerowi pisze ‘Spokojny’ w komentarzu na stronie KP (pisownia oryginalna):

[Hitler] Nie ma żadnego miejsca gdzie by mógł się zwrócić,
nie ma żadnego szlachetnego mitu do którego by się mógł sam we własnym świecie
odwołać, nie ma nikogo kto by go uważał za dobrego. Nawet pan Piątek nie chce w
nim bliźniego zobaczyć. Co to za postać? Trier genialnie zwraca na to uwagę. Jak
by to było być w takim bunkrze?

I ma rację. Sam jestem ciekaw, jakby to było.

Opublikowano w film, riposty i forwardy | Otagowano jako , , , | 4 Komentarze

Optyka siodełka

David Byrne już w dzieciństwie nie spełniał stereotypu (wtedy jeszcze przyszłego) rockmana. Z chóru wywalili go nie tylko z powodu chybiania dźwięków, ale i przez nadmierne wycofanie. W pamiętnikach stwierdza, że chyba ocierał się o granice syndromu Aspergera*.

Po studiach przyszło Talking Heads, kolaboracje z Brianem Eno, potem z Fatboy Slimem. Oprócz śpiewania i grania na kilku instrumentach, Byrne produkuje muzykę i filmy, projektuje, performuje i pisze. Napisał między innymi Dzienniki rowerowe – serię notek blogowych, które po poprawkach redakcyjnych trafiły na papier.

Byrne jest zapalonym rowerzystą i rowerowym działaczem. Mieszka w Nowym Jorku, ale na bicyklu zjeździł też m.in. Berlin, Stambuł, Buenos Aires, Manilę, Sydney, Londyn i San Francisco. Składany rower wozi ze sobą prawie wszędzie, czasem wynajmuje jakiś na miejscu. Jeździ na dwóch kółkach nie tylko dla wygody (w niektórych miastach to najszybszy i, oczywiście, najtańszy środek transportu), ale i dla zachowania psychicznej równowagi. W jednym z wpisów wyznaje, że od jakiegoś czasu specjalnie wyjeżdża w podróże służbowe na kilka dni więcej, niż wymaga tego praca. Przez pozostały mu po pracy czas jeździ sobie na rowerze i odpoczywa, przy okazji zwiedzając (przede wszystkim galerie sztuki współczesnej).

Byrne zaangażował się też w działalność społeczną. Zapatrzony (czasami zachwycony) Europą, lobbuje i agituje za przystosowaniem Nowego Jorku do potrzeb rowerzystów. W odejściu od samochodów czy rezygnacji z budowania autostrad na rzecz transportu publicznego czy przestrzeni wspólnych Byrne widzi szansę na odmienienie życia amerykańskich miast. W zmianie podejścia do urbanistyki odnajduje sposób na poradzenie sobie ze zmianami charakteru dawniej industrialnych metropolii, które wraz z transformacjami gospodarczymi utraciły pierwotną tożsamość. Gentryfikacja jest według książki Byrne’a czynnikiem odpowiedzialnym nie tylko za spychanie ubogich na peryferia, co dodatkowo utrudnia im wspinaczkę po drabinie społecznej, ale też za hamowanie rozwoju kultury – rozrzucenie artystów, tradycyjnie mieszkających tam, gdzie czynsze są niskie, po odległych od siebie nawzajem peryferiach ma według niego negatywny wpływ na sztukę.

Byrne wychodzi w tej książce na wrażliwego społecznie lewicowca. Jest oczytany, ale ciekawostkami rzuca z umiarem. Z jego notek bije nieustająca chęć poznania i zrozumienia, a potem wykorzystania zdobytej wiedzy do poprawy warunków życia.

Nic tylko wskakiwać na rower. Ja już licytuję miejskiego rupiecia. Jak dobrze pójdzie, od poniedziałku sam też będę śmigał na dwóch kółkach. Zobaczymy, co na to Warszawa.

/Na rysunku projekty stojaków rowerowych, które Byrne zaprojektował, a Nowy Jork niespodziewanie zaakceptował i ustawił w mieście/

Opublikowano w do jakiej kategorii mam to dać?, książka, recki na lajcie | Otagowano jako , , | 6 Komentarze

Jak przestałem być wyrzutkiem własnego gatunku

Kiedy się zaczyna, najpierw czuję ucisk na czole. Nieznana siła zasysa mi nos do wewnątrz. Potem narasta ciśnienie w gałkach ocznych – czuję, że zaraz wybuchną. Obraz przed oczami dwoi się i troi. Na niczym nie mogę skupić wzroku. Napisy przeskakują u dołu ekranu zanim zdążę je przeczytać, a o bębenki uszu rozbijają się fale nieznośnego hałasu.

Chcę uciekać, ale nie mogę.

W końcu zapłaciłem za bilet do tego przeklętego kina 3D.

Najpierw myślałem, że jestem samotną wyspą. Że niewidzenie 3D lub dyskomfort wynikający z noszenia tych dziwacznych okularów czynią mnie niechcianym wrzutkiem nie tylko społeczeństwa, wręcz gatunku! W końcu jednak głos w sprawie nas, hejterów 3D, zabrał repek. I tak przestałem być samotnym wyrzutkiem.

Kiedy do kin wchodził „Avatar”, A. zapewniał mnie:
– Spokojnie, będą filmy 3D i będą filmy 2D.
– Pewnie masz rację – odparłem i zmieniłem temat.

Potem do kin wszedł „Thor”. W całej Warszawie nie znalazłem ani jednego seansu w 2D.

Potem weszli nowi „Piraci z Karaibów”. Znalazłem tylko dwa kina, które wyświetlają ich w 2D. CC Promenada (nie wiem, kto wpadł na pomysł umieszczenia go w kategorii „Warszawa”) i Femina. Dwa kina na milion.

Fun fact: Johnny Depp też nie widzi 3D.

Rozumiem, że kina rezygnują z seansów 2D, bo widzowie wolą chodzić na 3D i nie pewnie nie opłaca się puszczać dwuwymiarowych wersji pustym salom. Dlatego nie krytykuję producentów, dystrybutorów ani kogokolwiek, kto na kinowych projekcjach zarabia. Tak tylko daję znać, że jeśli też nie widzisz/hejtujesz 3D, nie jesteś sam i nie musisz skakać z tego powodu z mostu.

Fun fact 2:specjalne okulary, które niwelują 3D.

Opublikowano w film, historie z tyłka | Otagowano jako , , , | Skomentuj

Judas vs. Crucified

Memmeassociated by Ola.

Opublikowano w muzyka, riposty i forwardy | Otagowano jako , , , | 3 Komentarze

Z komiksem do ludu

Dotychczas imprezy komiksowe po macoszemu traktowały dwa najważniejsze spośród swoich celów: sprawianie, żeby ludzie w Polsce brali komiksy do rąk i uczenie ich, żeby umieli je czytać.

Organizowanie drogiej imprezy w eleganckim centrum konferencyjnym może i jest spełnieniem marzeń organizatorów i zaproszonych gości, ale co im po pustej widowni? Impreza komiksowa ma trafiać do ludzi, którzy na pytanie o komiks odpowiadają „Kaczor Donald” i „Thorgal”, ale mają otwarte głowy i chcą dowiedzieć się więcej.

Dlatego z komiksem trzeba wychodzić w miasto, organizować promocję docierającą do potencjalnie zainteresowanych przedstawicieli innych środowisk (czytelników fantastyki, na przykład), angażować ludzi w jakieś interakcje (gry miejskie, virale) albo (uwaga, uwaga) podpinać się pod duże imprezy, na których jeden mały stolik z komiksami zrobi więcej niż cała wielka giełda na festiwalu branżowym. Tak jak robi to w tym roku Komiksowa Warszawa.

Kolejnym krokiem we wciąganiu ludzi w czytanie komiksów jest edukacja. Jak czytać książki mógł się dowiedzieć każdy średnio wykształcony człowiek na lekcjach polskiego. Narrator wszechwiedzący albo nie, proza poetycka i rymowana epika, rodzaje i gatunki literackie… Wszystko to było. A komiks? W szkole nikt nawet nie podaje byle jakiej definicji komiksu, nie mówiąc już o jakimkolwiek pogłębieniu tematu. Dlatego Polaków trzeba uczyć, że komiks może być i o słodkich myszkach, i o seksie, i o Holocauście. Trzeba im wytłumaczyć, że prowadzenie w kadrach kobylastej narracji tekstowej powtarzającej to, co widać w rysunku, to jak pisanie powieści wklejając każde zdanie dwkukrotnie.

W tym kierunku idzie poniekąd Bałtycki Festiwal Komiksu. W programie ubiegłorocznej edycji znalazło się kilka prelekcji przekrojowych, bardziej interesujących dla mniej wciągniętych w temat gości niż spotkania autorskie (jarające tylko zagorzałych fanów, których jest garstka).

Teraz z merytorycznymi punktami programu i sygnałami do czytelników spoza komiksowego grajdołka wychodzi również Komiksowa Warszawa, podpinając się pod Warszawskie Targi Książki. Będą spotkania dotyczące komiksu historycznego (m.in. z Tomaszem Kołodziejczakiem, który akurat jako wydawca umiał wypuszczać dobre antologie), wykład dra hab. Jerzego Szyłaka „O sztuce komiksu”, a obok tego przyciągający fanów fantastyki i gier „Wiedźmin”, rozbijający się po kinach „Jeż Jerzy” i egmontowska promocja planszówki o Kajku i Kokoszu.

Przy sprzyjających wiatrach kilka osób po takich spotkaniach, na których ktoś im coś powie, zamiast tylko pozwalać im zadawać pytania gościom, których przecież nie znają, zasiedzi się, zostanie na promocji nowego polskiego komiksu i po wyjściu na giełdę kupi to i owo, a kilka lat później, jak już będzie bogatym i zniszczonym korpem, będzie wrzucał swoje tłuste złotówki do bezdennej skarbonki zwanej komiksem. Ku wielostronnej korzyści.

Opublikowano w komiks, riposty i forwardy | Otagowano jako , , , , , , , , | 3 Komentarze

Proud to be Geek

Aż trudno uwierzyć, że na Wikipedii nie ma hasła „Cult of Nerdism”. W końcu przynajmniej od momentu, w którym świat usłyszał o Zuckerbergu i zobaczył Magdę Mołek w okularach-kujonkach, bycie nerdem nie jest już passé.

Główny bohater Zmorojewa nie wyczerpuje co prawda klasycznej powiedzmy-że-definicji nerda, ale kilka jej elementów owszem: jest poza nawiasem grupy rówieśniczej (naprawdę nie ma mniej szkolnego określenia?), czyta horrory (przeczytał prawie wszystko Stephena Kinga – to tak się da?) oraz interesuje się zjawiskami paranormalnymi (fan programu „Tajemna strona” stylizowanego chyba na naszą „Strefę 11″).

Niedługo po tym, jak go poznajemy, trafia na wakacje do dziadków, które miały być nudne, ale okazały się wręcz przeciwnie. Paranormalne zjawiska okazują się całkiem normalne, następuje rytuał przejścia z obowiązkowym motywem uśpionego wybrańca i pach!

Nerd –> twardziel z niezłą panną u boku.

– Zmień koszulkę i umyj włosy, a staniesz się normalnym gościem – mówi Żulczyk do swojego modelowego czytelnika. Trochę podobnie było w „Tracę ciepło” Orbitowskiego, w którym bohater z klasowego wymoczka stawał się kimś pośrednim pomiędzy wymoczkami a napakowanymi debilami. To brzmi jak instrukcja wyjścia ze szkodliwego nerdyzmu, ale z zachowaniem pozytywów geekowatości.

Po napisach (o seksie):

Jeśli wierzyć mojej zdolności czytania ze zrozumieniem, Nasza Księgarnia chce zrobić ze „Zmorojewa” pierwszą część cyklu powieści dla młodzieży. To ciekawe, bo w tym tomie nie zabrakło scen erotycznych. Rozgrywają się one co prawda poza kadrem, ale wiadomo, o co cho. Daleki jestem od potępiania, raczej interesuje mnie sam fakt, że takie elementy trafiają do teen-fiction. Tym bardziej, że nie jest to żadna romantyczna miłość, tylko smutny, chłodny i mechaniczny seks samotnej kobiety z jej szefem, w którym widać przede wszystkim desperację i poszukiwanie jakiegokolwiek ciepła.

Może to dlatego, że wydawca ma nastoletnie dzieci i wie, co one wiedzą w tym wieku na ten temat.

Albo kultura zmieniła się na tyle, że to żadne tabu.

Opublikowano w książka, recki na lajcie | Otagowano jako , , , | Skomentuj
  • Stat